Collages

Bieganie

Moja przygoda z tym sportem zaczęła się w dzieciństwie. Jak z resztą  pewnie u każdego w podobnym wieku. Biegałem wtedy wszędzie i za wszystkim, a najbardziej za piłką. Było to tak naturalne, jak teraz tablet na komunię. Jednak zawsze bliżej mi było do piłki nożnej. Chciałem być piłkarzem jak prawie wszyscy na podwórku i co nieco działałem w tym temacie. Nie byłem nawet od tego tak bardzo daleki. Jednak koniec końców piłkarzem nie zostałem. Drugi raz biegać zacząłem jak zapisaliśmy się z chłopakami ze studiów do amatorskiej ligi piłki nożnej. Co by w trakcie meczów nie łapać kolki i nie dyszeć po dwóch minutach od czasu do czasu robiłem sobie przebieżki po kilka kilometrów. Nie były to długie dystanse, od 3 do 7 km, często interwały. W ogóle studia to był okres, kiedy moja kondycja bardzo się wahała. Bywało, że nie dawałem rady robić kółka na Błoniach, a w najlepszych czasach robiłem ich ze trzy, co też jakimś mega wyczynem nie było. Tak naprawdę to nigdy nie lubiłem długich dystansów. Byłem na nie po pierwsze zbyt leniwy, a po drugie zbyt niecierpliwy. Zawsze zaczynałem biec zbyt szybko i jak chciałem kontynuować swój wysiłek w okolicach trzeciego kilometra, to zwyczajnie nie wystarczało mi sił. Brzmi to zabawnie, ale chciałem mieć to z głowy. Tak jest trochę do dziś.

Wracając do piłki, kontuzja kolana wykluczyła mnie z jej kopania na dłuższy czas. Z resztą podwójnie. W sensie po pierwszej rehabilitacji, ćwiczeniach, fizjoterapii wróciłem na boisko, ale tylko na kilka minut. Po pierwszym strzale z tzw. ‚technicznego’ poczułem w kolanie dokładnie to co kilka miesięcy wcześniej. Było to 27 sierpnia ubiegłego roku. Od tego czasu z różnym skutkiem zaczynam różne aktywności. Trochę biegałem, chodziłem na boks tajski, ogarniałem pompki, rozciąganiei i inne domowe ćwiczenia. Wszystko z przerwami, albo zbyt krótko. Od ponad roku nie dotknąłem piłki do nogi. Kolana czuję cały czas. Lewe, teoretycznie dobre chyba wzięło na siebie ciężar przez jakiś czas, bo też czasem pobolewa. W listopadzie mam wizytę u kolejnego speca od kończyn dolnych. Zobaczymy co powie. Niedługo też zrobię kolejne USG, nie pamiętam już które. Rentgen też mam. Ale odszedłem od tematu. Jak biegam na śródstopiu to teoretycznie nic mi się nie dzieje. To znaczy czuję czasem lekki ból, ale nie jakoś bardzo. Postanowiłem więc połączyć systematyczność z bieganiem. Przynajmniej na jakiś czas. Na razie 3 miesiące. Podobnie jak z blogiem będę biegał trzy razy w tygodniu. Pod koniec tygodnia będę zamieszczał swoje trasy/wyniki/czasy. Będę to traktował jak trzeci wpis na blogu, przez co łatwiej będzie mi zachować jakość pozostałych dwóch. O jakości, czasie i próbowaniu nowych rzeczy napiszę w poniedziałek. Póki co wrzucam jako zdjęcie główne moje biegowe wyniki z mijającego tygodnia. Coś tam chyba na nim widać. Jak wspominałem – raczej krótkie dystanse. Dość niecierpliwie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Piona!

8 comments

  1. Ciekawa jestem twoich rezultatów, ja musiałam zrezygnować z biegania po urazie łąkotki. Wiem jaki to ból zrezygnować z ukochanego sportu, dlatego współczuję. Trzymam kciuki i czekam na następne teksty.

  2. Źródła podają że godzina biegania to jak godzina spania – na plus w sensie (no dobra, nie źródła tylko chłop z jutube). Ja jak zacząłem biegać (abnegat sportowy) w miarę systematycznie, to po miesiącu pobudka ewry-singl-dej o 6:00 nie była żadnym problemem. Same plusy! krócej śpisz masz więcej energii. Tak to sobie wymyśliłem!

    PS: biegasz ze słuchawkami z Saturna czy na „głucho”?

  3. Masz rację, że systematyczność tutaj odgrywa jedną z kluczowych ról. To za sprawą treningów, które podejmujemy regularnie wzrasta nasza wytrzymałość i poniekąd zamiłowanie do biegania. Ten sport daje wiele dobrego dla ciała i umysłu :) Fajny materiał. Pozdrawiam, Kamil :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *